• alles.jpg
  • autoserwis.jpg
  • biga.jpg
  • centrum_napraw.jpg
  • familia.jpg
  • goodcar.jpg
  • juszczak.jpg
  • kubaty.jpg
  • lisak.jpg
  • lyko.jpg
  • marcisz.jpg
  • nexus_artgo.jpg
  • parkiet.jpg
  • rserwis.jpg
  • serczyk.jpg
  • sielpia.jpg
  • wwm.jpg

Goniec Zabierzowski na ISSUU

issuu vector logo
Szanowni Państwo, od stycznia 2022 roku,Goniec Zabierzowski będzie dostępny również do czytania na portalu
 

Reklama

  • alteks.jpg
  • deszcz.jpg
  • duolife.jpg
  • geo.jpg
  • kaes.jpg
  • kamaro.jpg
  • kruk.jpg
  • majer.jpg
  • mirex.jpg
  • ppelectric.jpg
  • pralnia.jpg
  • pucharkmity.jpg
  • rrreklama.jpg
  • weterynarz.jpg

hcbMocno starszy mężczyzna, schorowany, nie mógł już chodzić. Leżał, całymi dniami rozmyślając o swoim losie, który odebrał mu radość życia.

Był zawsze bardzo aktywny. Nawet po przejściu na emeryturę zawsze znajdował jakieś zajęcie. Teraz był zdany na opiekę innych, nie tylko najbliższych mu osób.

Nieoceniona była pomoc lekarza pierwszego kontaktu, który zjawiał się zawsze, gdy tego potrzebował. Nieważne, czy to był dzień, czy noc, czy sobota lub niedziela. Wiedział, że jak tylko zatelefonuje do niego, zjawi się, udzielając pomocy. Lekarz miał wspaniałe podejście do swego pacjenta, który czasem był nieco uciążliwy. Jego liczne schorzenia dawały mu w kość, co odbijało się niekorzystnie na samopoczuciu. Wiedział jednak, że kiedy potrzebna będzie kroplówka, kiedy trzeba będzie pobrać krew do analizy czy wykonać potrzebne zabiegi, niewymagające hospitalizacji, wtedy mógł polegać na swoim „aniele stróżu”. Zamęczał go niekiedy swoimi wątpliwościami co do stanu zdrowia, a lekarz cierpliwie tłumaczył mu, co się dzieje w organizmie i jakie będą następstwa podjęcia takiego czy innego sposobu postępowania.

Czasem wystarczyła po prostu rozmowa, by poczuł się lepiej i nabierał przekonania, że jeszcze wszystko może się odmienić na lepsze.

Od czasu do czasu potrzebna była hospitalizacja. Lekarz załatwiał wszystkie formalności, związane z zarezerwowaniem łóżka szpitalnego, z transportem do szpitala. A gdy mężczyzna już tam się znalazł, był w stałym kontakcie z lekarzem prowadzącym lub ordynatorem danego oddziału. Dzięki temu i lekarz i pacjent byli cały czas informowani o stanie chorego.

Ten lekarz rodzinny – lub tzw. pierwszego kontaktu – wspierał też rodzinę chorego, udzielając wyczerpujących informacji i rad, jak się pacjentem zająć, aby stworzyć mu możliwie najlepsze warunki. Mało z tym: dbał też

o stan psychiczny najbliższych, na których opiekę był zdany ów mężczyzna. Potrafił wczuć się w rolę opiekuna, obserwując go w czasie wizyty domowej, analizując zachowanie i reagował na każdy niepokojący przejaw zmęczenia psychicznego lub fizycznego, związanego z sytuacją domową. Czasem potrzebne było wsparcie medykamentami, a czasem wystarczała szczera rozmowa i przedstawienie przewidywanych skutków choroby pacjenta, wytłumaczenie, skąd się biorą przeróżne objawy nękających go chorób i jak można im ewentualnie zapobiec.

Kiedy trzeba było, organizował rehabilitację domową.

Przykład innego lekarza rodzinnego, czy pierwszego kontaktu – jak kto woli go nazywać.

Prowadzi własną praktykę lekarską, a jego gabinet znajduje się w trudnym, górzystym terenie i obejmuje bardzo duży obszar działania. Jego pacjenci mogą również w każdej chwili prosić o pomoc. Podobnie, jak i ten pierwszy, interesuje się otoczeniem pacjenta, analizując wszystkie możliwe przyczyny, nie tylko medyczne, które doprowadziły do kryzysu zdrowotnego.

Powiecie, Szanowni Czytelnicy, że takich lekarzy raczej rzadko można spotkać.

I macie rację. Ten pierwszy nie praktykuje w naszym kraju. Jednak opisana sytuacja jest w 100 procentach realna i prawdziwa.

A ten drugi to postać filmowa.

Jak wygląda sytuacja lecznictwa u nas w kraju nie muszę opisywać. Prawie każdy z nas przekonuje się osobiście, jak trudno jest się ostatnio dostać do lekarza, korzystając z przysługującej mu drogi poprzez Narodowy Fundusz Zdrowia. Szczególnie jeśli chodzi o specjalistów. Nie znaczy to, że winni są lekarze, którzy naprawdę chcą pomóc pacjentom, ale ograniczani są tysiącem przepisów, nakazów i zakazów, które w znacznym stopniu utrudniają funkcjonowanie. Winien jest system, niewydolny, niespójny i działający jak powolna machina urzędnicza.

Jednak i w takiej sytuacji są momenty, które pacjentów upewniają w tym, że ich dobro leży na sercu lekarzy.

Nie tak dawno musiałam „skorzystać” z opieki szpitalnej i miałam okazję obserwować, jak działa oddział, na którym się znalazłam i jaką opiekę zapewnia. Muszę przyznać, że bałam się tego pobytu właśnie z uwagi na fakt, że nie wszystko funkcjonuje jak należy. I tu się mile rozczarowałam.

W tym szpitalu, a właściwie klinice, warunki były bardzo dobre. Sale dwuosobowe z łazienką, czyściutko, pachnąco i przyjaźnie. Naprawdę nie można narzekać, no, może trochę na posiłki, ale też nie było źle. Ponieważ byłam „chodząca” i czułam się dobrze, więc obserwowałam z zainteresowaniem szpitalną krzątaninę. Moja sąsiadka z łóżka obok była w kiepskim stanie, więc zajmowano się nią bardzo uważnie zarówno w dzień, jak i w nocy. Na każde zawołanie zjawiała się pielęgniarka, a razie potrzeby lekarz.

Jak wiadomo, w naszych szpitalach brakuje personelu, co zmusza pie-lęgniarki do bezustannej bieganiny od sali do sali i widziałam nieraz, że już opadają z sił. Mimo to nigdy nie zauważyłam oznak zniecierpliwienia i niewłaściwego podejścia do chorej.

Ponieważ mój pobyt przypadł na czas trwania pademii, więc cały personel musiał ściśle przestrzegać reżimu sanitarnego. Ileż razy pielęgniarki musiały zmieniać rękawiczki! Jedna strzykawka – jedna para, druga strzykawka – druga para, wenflon – trzecia para, zastrzyk – czwarta para. I to przy tej samej pacjentce. Pojemniki z rękawiczkami leżały na parapecie okna, a pod parapetem znajdował się kosz na odpady medyczne, do którego trafiały zużyte rękawiczki. I to było proste i wygodne rozwiązanie – ubieram rękawiczkę, coś tam robię przy pacjentce, ściągam rękawiczkę i wrzucam do kosza, sięgając równocześnie po następną parę. Ale ktoś pomyślał, aby usprawnić pracę pielęgniarek. Tak więc pojemnik z rękawiczkami umieszczono po drugiej stronie sali w specjalnym regaliku. Teraz każda z pań musiała wędrować poprzez długość sali, aby wyrzucić zużyte rękawiczki i w drugą stronę, żeby wziąć następne i tak w kółko Macieju. Na moje pytanie, czemu zastosowano takie rozwiązanie, zamiast umieścić regalik w pobliżu kosza, jedna z pielęgniarek odpowiedziała; „Proszę Pani, tutaj nikt się nie liczy z tym, czy zrobimy na dyżurze tysiąc czy dwa tysiące kroków”.

Ot, i szara rzeczywistość.

Tak czy inaczej, ja wyniosłam z tej kliniki dobre wrażenia i w tym konkretnym przypadku nie mogę złego słowa powiedzieć o służbie zdrowia.

Jednak jak sprawy wyglądają – cóż, nie mnie sądzić, nie znam się...

Hanna Czaja-Bogner

grochowka.jpg