• alles.jpg
  • artgo.jpg
  • energoterm.jpg
  • euroreklama.jpg
  • familia.jpg
  • goodcar.jpg
  • gs.jpg
  • juszczak.jpg
  • kozbial.jpg
  • kraksmak.jpg
  • kubaty.jpg
  • lisak.jpg
  • lyko.jpg
  • marcisz.jpg
  • opał.jpg
  • rrreklama.jpg
  • salazabaw.jpg
  • serczyk.jpg
  • sklad_blc.jpg
  • skotcar.jpg
  • supra.jpg
  • swiba.jpg
  • szumiec.jpg
  • szumiec2.jpg
  • trulka.jpg
  • wwm.jpg
  • zielinski.jpg
  • zulla.jpg

Reklama

  • baranex.jpg
  • bioterapia.jpg
  • bistro.jpg
  • edukator.jpg
  • geo.jpg
  • grafixdruk.jpg
  • hydrex.jpg
  • kaes.jpg
  • kruk.jpg
  • mirex.jpg
  • nettrading.jpg
  • stollar.jpg
  • toka.jpg
  • weterynarz.jpg

Doszłam ostatnio do wniosku, że w człowieku w każdym chyba wieku pozostaje sporo z dziecka. Dlaczego? Bo tak po prostu jest. A skąd ten wniosek? Nie jest żadną tajemnicą, że biegam. Biegi długodystansowe, górskie, czasem ekstremalne to to, co tygryski lubią najbardziej. W sierpniu niedaleko Lublińca odbywa się taka dosyć ekstremalna impreza pod tytułem „Bieg Katorżnika” i, zgodnie z nazwą, ten bieg jest przedsięwzięciem wielce męczącym – bieg po dnie jeziora, po rowach melioracyjnych wypełnionych cuchnąca mazią, czołganie się podkopami pod drogą, komandoskie drabinki ze sznura, skakanie z pomostu do jeziora, przedzieranie przez trzciny, brodzenie wsród zatopionych pni drzew, bieg po iglastym lasku, przeprawa przez ciemne piwnice – tego typu uciechy. Bywam tam od kilku lat, raz nawet ten bieg ukończyłam (i wystarczy

– to mnie jednak nie rajcuje jakoś szczególnie) i od lat obserwuję „prawdziwych mężczyzn”, którzy ten bieg kończą, walczą na trasie, dają z siebie wszystko; na mecie stają ubłoceni po szyje, podrapani, częstokroć pokrwawieni i ... szczęśliwi jak nigdy w życiu. Znów mogli się sprawdzić w swojej męskości. Ach, nie wspomniałam, że wielu z uczestników tego biegu staje na starcie w makijażu maskującym, a ryk testosteronu zgromadzonego na starcie niesie się daleko. Na jesieni w tym samym miejscu odbywa się „Maraton Komandosa”. Impreza równie ekstremalna, choć w zupełnie inny sposób. Mianowicie dystans maratonu (42 km 195 m.) trzeba tam ukończyć w pełnym wojskowym umundurowaniu (łącznie z wojskowymi butami bez amortyzacji), z dziesięciokilowym plecakiem na plecach (plecaki są ważone przed startem, na trasie i na mecie; muszą ważyć minimum 10 kg, bo w przeciwnym razie uczestnik biegu jest dyskwalifikowany). No kurcze, mordęga! A panowie i panie karnie stają na starcie i dają w kość swoim kręgosłupom, kolanom i stopom wydeptując po lesie ten naprawdę niekrótki dystans z bardzo konkretnym obciążeniem. Kiedyś myślałam, że to sentyment panów do ich wspomnień z wczesnej młodości spędzonej w wojsku. Ale większość z nich NIGDY w wojsku nie była – nie to pokolenie. Ostatnio moi synowie biorą udział w swoistym półobozie organizowanym na terenie nadleśnictwa Krzeszowice. Nie byłam pewna, czy im się spodoba... Spodobało się bardzo! Ale jak miało być inaczej, jeżeli uczestnicy przedsięwzięcia już w pierwszym dniu dostali mundury polowe z demobilu, zostali podzieleni na drużyny, zaopatrzono ich w plastikowe pistolety no i shotguny (cokolwiek by to nie znaczyło), plastikową amunicję i nakazano strzelać do przeciwnika?! Młodzież wraca brudna jak nieboskie stworzenia (dziś się, mamo, czołgaliśmy), szczęśliwa jak nigdy w życiu, wrzuca mundury do pralki i świeci pięknym blaskiem szczęścia. Hm... coraz bardziej skłaniam się ku prawdziwości tezy, że facetowi – w każdym wieku – wystarczy dać giwerę (choćby i plastikową czy zabawkową), amunicję, nakazać strzelać, czołgać się, narzucić mu posłuszeństwo i dyscyplinę prawie że wojskową i będzie najszczęśliwszy na świecie.

PS. Może dlatego pantoflarze są tak szczęśliwymi ludźmi?

Gabriela Kucharska

kostka.jpg