• alles.jpg
  • bhp oskar.jpg
  • elektrosystem.jpg
  • enmax.jpg
  • euroreklama.jpg
  • familia.jpg
  • goodcar.jpg
  • gs.jpg
  • kozbial.jpg
  • kubaty.jpg
  • lyko.jpg
  • rasterek.jpg
  • rserwis.jpg
  • salazabaw.jpg
  • serczyk.jpg
  • wwm.jpg
  • zulla.jpg

Reklama

  • bistro.jpg
  • dogoterapia.jpg
  • geo.jpg
  • grafixdruk.jpg
  • kruk.jpg
  • mirex.jpg
  • nettrading.jpg
  • prestige.jpg
  • rrreklama.jpg
  • srebrne.jpg
  • wegiel.jpg
  • weterynarz.jpg

Zanim wkroczymy z przytupem we właśnie rozpoczęty Nowy Rok (czy Państwo też macie wrażenie, że z każdym kolejnym rokiem czas przyspiesza i zaczyna gnać jak oszalały?), przywołam jeszcze na chwilę wspomnienie naszej małej rodzinnej tradycji świątecznej. Nie odkryję Ameryki, jeżeli napiszę, że każda rodzina ma swoje tradycje bożonarodzeniowe; jedni jedzą smażonego karpia, inni karpia po żydowsku, jedni zupę grzybową, inni barszcz z uszkami (jeszcze inni barszcz z fasolą), jedni zajadają się kutią, inni jej nie znoszą. Jedni mają żywą choinkę, inni sztuczną. Jedni kolędują, inni tylko jedzą. Jedni na Wigilię wbijają się w garnitur ślubny, inni w maturalny, a jeszcze inni stawiają na strój niezobowiązujący. To, co łączy wszystkie Polki, to fakt, że padają ze zmęczenia na twarz, a to, co łączy wszystkich, jak świat długi i szeroki, to „Kevin sam w domu” . Moja rodzina też ma swoje tradycje, o których wyczerpująco rozpisywać się nie będę, bo i po co. Napiszę tylko o jednej; mam wrażenie, że raczej nietuzinkowej. Otóż od kilkunastu lat w pierwszy dzień Świąt, pakujemy manatki i jedziemy na Jasną Górę. Dlaczego tam? Powodów jest kilka. Jednym z nich jest fakt, że Jasna Góra w Święta jest pięknym miejscem, dlatego chociażby, że nie ma tam wtedy w ogóle pielgrzymek; garstka lokalsów i my. Po drugie, warto się pokłonić Najświętszej Panience w spokoju. A po trzecie… z powodu szopki. I tu dochodzę do tytułu tego felietonu. Otóż, gdy pierwszy raz pojechaliśmy tam w Boże Narodzenie, zaskoczyła nas i zachwyciła żywa szopka. Na dziedzińcu tzw. wieczernika ustawionych było kilkanaście małych zagród, a w nich owce, króliki, indyki, pawie, kozy, kury, gołębie (ptactwo oczywiście w wolierach) i… osioł. Autochtoni poinformowali nas, że to jest oślica Amelka, wypożyczana do szopki co roku. Nie muszę chyba pisać, że wzbudziła w nas szczery zachwyt. Tym bardziej, że Amelka to bardzo towarzyskie stworzenie; przychodziła na wołanie, pozowała do zdjęć, patrzyła z miłością… Słowem robiła wszystko to, czego można się spodziewać po zwierzęciu, które swoim oddechem ogrzewało leżącego na sianku w żłobie świeżo narodzonego Syna Bożego. Amelka uwiodła nas na tyle, że co roku jeździliśmy między innymi po to, by się z nią przywitać. Żywa szopka oczywiście ewoluowała. W zeszłym roku zdarzył się przykry zgrzyt. Nie było Amelki! Było ptactwo – w znacznym zresztą oddaleniu od odwiedzających – ale Amelki nie. Szopka z „żywej” zmieniła się w „ruchomą”; efektowną, nie powiem, ale przecież nie o to tu (tam!) chodziło. W tym roku pojechaliśmy znów. I znów odstaliśmy swoje w długaśnej kolejce do ruchomej szopki, ale… w tym roku była też Amelka. I Lenin. (Przepraszam, to był jednak jeleń.) Ale… zarówno Amelka, jak i jelenie, były w znacznym oddaleniu od ludzi. Na tyle znacznym, że można było przez nieuwagę zupełnie je przeoczyć! Oczywiście moja faworytka na wołanie i cmokanie z zainteresowaniem odwracała piękną głowę w naszą stronę i strzygła uszami, ale tak w ogóle to miałam wrażenie, że ona się potwornie nudzi i nie rozumie tego oddalenia od ludzi, którzy zawsze obdarzali ją życzliwością i uwagą (a czasem marchewką). Jedyny wniosek, który mi się nasuwa, to schlebianie nawoływaniom oszalałych obrońców zwierząt (hm, ale czemu nie obejmuje to stłoczonych w niemiłosiernie małej wolierze pawi, czy królików w klatce rozmiarami odpowiedniej raczej dla świnki morskiej?). Chronienie zwierząt gospodarskich przed kontaktem z człowiekiem (nawet w dużej ilości) wydaje mi się przesadą. Z drugiej zaś strony, dostrzegam tu jednak miękkość charakteru braci w białych habitach. No bo albo zwierzęta chronimy przed stresem i ludźmi i usuwamy je z szopki, albo zostawiamy. Ale zostawienie ich w takiej formie, że nie można ich zobaczyć, odbieram jako czysty sadyzm; i w stosunku do odwiedzających (co po zwierzęciu, którego nie widać), i w stosunku do zwierząt (im w tych malutkich zagródkach naprawdę jest ciasno, a oprócz tego nudzą się jak mopsy). Twardym trzeba być, braciszkowie! Nie miętkim…

PS. Na pocieszenie mogliśmy sobie pooglądać „Chór blond paulinów na tle błękitnego nieba”, którzy po bliższym przyjrzeniu okazali się raczej baletem. Wstrząsające!

Gabriela Kucharska

domek.jpg