• alles.jpg
  • artgo.jpg
  • bhp.jpg
  • biga.jpg
  • elektryczne.jpg
  • enmax.jpg
  • familia.jpg
  • gs.jpg
  • juszczak.jpg
  • kozbial.jpg
  • kredyty.jpg
  • kubaty.jpg
  • lisak.jpg
  • lyko.jpg
  • marcisz.jpg
  • rasterek.jpg
  • salazabaw.jpg
  • serczyk.jpg
  • sklad_blc.jpg
  • swiba.jpg
  • szumiec2.jpg
  • wwm.jpg
  • zielinski.jpg
  • zulla.jpg

Reklama

  • bistro.jpg
  • geo.jpg
  • grafixdruk.jpg
  • kaes.jpg
  • kruk.jpg
  • kungfu.jpg
  • mieszkania.jpg
  • mirex.jpg
  • multiagent.jpg
  • nettrading.jpg
  • praca drukarnia.jpg
  • prestige.jpg
  • wegiel.jpg
  • weterynarz.jpg

Żyjemy w czasach, które lubią pochylanie się nad sobą. Troskliwe, dodam. Czy to źle? Nie, nie sądzę. Wiąże się to z faktem, że od jakiegoś czasu nie sposób żyć bez terapeuty, coacha, przewodnika duchowego (i nie mam tu na myśli przewodnictwa duchowego w rozumieniu Kościoła). Co rusz pojawiają się różnego rodzaju warsztaty rozwojowe, w których chętnie bierzemy udział i, co więcej, bez szemrania za nie płacimy. No, w końcu rozwój osobisty jest bardzo ważną sprawą. Przy okazji niejako pojawiły się na orbicie naszego życia takie kwestie, jak nerwice, depresja, czy wypalenie zawodowe. I właśnie nad tym ostatnim chciałam się pochylić. Statystyczny Amerykanin zmienia zawód (nie miejsce pracy, ale właśnie zawód) kilka razy w ciągu życia. I niekoniecznie jest to podyktowane warunkami finansowymi. Po prostu czasem czują, że muszą coś w swoim życiu zmienić. W Polsce jeszcze nie tak dawno temu wyglądało to zupełnie inaczej; człowiek zaczynał pracę w jakimś przedsiębiorstwie (teraz powiedzielibyśmy: w firmie albo w korporacji) i po czterdziestu latach wydajnej i ciężkiej pracy szedł na emeryturę. Czasem miał dość. Czasem narzekał, że dość już ma tej cholernej budy (moja mama miała dość, a mój dziadek nie miał, choć oboje mieli fajną pracę, i obojgu za nią godziwie płacono), ale i tak co rano zwlekał się karnie z łóżka i meldował się grzecznie w swoim zakładzie pracy. Czekając urlopu, jak kania dżdżu. A na urlopie, przynajmniej przez pierwszy tydzień, po prostu spał. Do oporu. Do momentu, kiedy się sam nie obudził. I był wtedy szczęśliwy. A po załatwieniu remontów i innych zaległości, czasem po wyjeździe wakacyjnym, karnie wracał do pracy i znów co rano nieprzytomny zwlekał się z łóżka, złorzecząc na konieczność chodzenia do budy. Co ciekawe, gdy taki umordowany pracownik w końcu przechodził na upragnioną emeryturę, wcale go ten fakt aż tak bardzo nie cieszył. Ot, taka sprzeczność. Czy wtedy słyszało się o czymś takim jak wypalenie zawodowe? Być może, ale z całą pewnością rzadko. I tylko w przypadku niektórych zawodów. Teraz wypalenie zawodowe stało się przypadłością niemalże nagminną. W sumie mnie to nie dziwi. Nawet wykonując najbardziej fascynującą pracę, można momentami mieć dość zarówno tej pracy, jak i ludzi, których w niej dzień w dzień się spotyka (a zważając, że w pracy spędzamy więcej czasu niż w domu, to tak naprawdę z koleżankami i kolegami z pracy spędzamy więcej czasu niż z naszymi najbliższymi; częstokroć lepiej jesteśmy zorientowani w problemach koleżanki z pracy, niż w problemach własnych dzieci). Nawet nie będę pisać, że chyba każdy ma prawo mieć dość porannego wstawania. Na marginesie – znałam tylko jedną kobietę, która bez względu na wszystko od niedzieli do czwartku chodziła spać o godzinie 22.00, po to, by do pracy wstawać bez zbytniego cierpienia. Jej najbliżsi traktowali to jako rodzaj nieszkodliwego dziwactwa. Dlaczego o tym piszę? A dlatego, że ostatnio, patrząc na moje dzieci, doszłam do wniosku, że dzieci objęte obowiązkiem szkolnym też dopada wypalenie. Może nie – zawodowe, ale jednak. Od lat obserwuję, jak na początku roku szkolnego po prostu wstają do szkoły; może nie z zapałem, ale i bez większych problemów, i do tej szkoły karnie zdążają wypełnić konstytucyjny obowiązek. Pierwszy semestr mija im w zasadzie bez większych problemów. Potem są ferie zimowe, które nieco wybijają ich z rytmu, a potem następuje kataklizm pod tytułem „przerwa świąteczna”. Obiektywnie rzec biorąc – krótka. Ale odczucia uczniów są subiektywne i z obiektywizmem nie mają nic wspólnego. Po Wielkanocy po prostu zaczyna się orka na ugorze. Poranne wstawanie przybiera wymiar zdarzenia z horroru, a chodzenie do szkoły jest gorsze niż praca na galerach. Później jeszcze przerwa na testy gimnazjalne (w podstawówce) i matury (w szkole średniej), a później… szkoda gadać! Wtedy, kiedy warto byłoby przysiąść fałdów i podciągnąć oceny, żeby świadectwo wyglądało jak najlepiej, oni nie mają już siły na nic, a słowo „motywacja” lokuje się gdzieś w okolicach języka estońskiego.

Nie znaczy nic. I tak dogorywają do końca roku i rozdania świadectw, a po wakacjach znów wracają do szkoły. Z radością i wiarą, że w tym roku już wytrwają do końca roku. I co? I nic. Nie udaje się. W sumie mnie to nie dziwi. Dorosły człowiek nie wytrzymałby w pracy, w której dzień w dzień przez dziesięć miesięcy poddawany byłby nieustającej ocenie. W każdej godzinie! Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam, Drodzy Czytelnicy, szkoła jest instytucją opresyjną. A żeby było ciekawiej, po latach zapomina się o tym nieustającym stresie i szkołę wspomina się jako najmilszy okres w życiu. Ot, ironia losu taka.

Gabriela Kucharska

dolina.jpg