• alles.jpg
  • alux.jpg
  • artgo.jpg
  • autobaks.jpg
  • energoterm.jpg
  • enmax.jpg
  • erena.jpg
  • familia.jpg
  • gs.jpg
  • kozbial.jpg
  • kubaty.jpg
  • lyko.jpg
  • mosur.jpg
  • opał.jpg
  • pinus.jpg
  • quad.jpg
  • romantica.jpg
  • rserwis.jpg
  • salazabaw.jpg
  • serczyk.jpg
  • sklad_blc.jpg
  • skotcar.jpg
  • supra.jpg
  • swiba.jpg
  • szumiec.jpg
  • szumiec2.jpg
  • tapicer.jpg
  • trulka.jpg
  • wwm.jpg
  • zamkowa.jpg
  • zielinski.jpg
  • zulla.jpg

Reklama

  • baranex.jpg
  • gabinet.jpg
  • geo.jpg
  • grafixdruk.jpg
  • hydrex.jpg
  • kaes.jpg
  • kanczura.jpg
  • kruk.jpg
  • manufaktura.jpg
  • mirex.jpg
  • multiagent.jpg
  • nettrading.jpg
  • rrreklama.jpg
  • toka.jpg
  • weterynarz.jpg
  • woodkrak.jpg
  • zyczenia.jpg

Dzień Wszystkich Świętych. Chyba nigdzie poza Polską nie obchodzi się go aż tak spektakularnie.

W Krakowie zyskuje on tylko na spektakularności obchodów. Mnóstwo cmentarzy – od tych malutkich, zagubionych między blokami, jak cmentarz na Nowym Bieżanowie czy na Woli Duchackiej, przez średnie – jak Salwator czy Borek Fałęcki, po olbrzymie nekropolie jak Podgórze, Rakowice, Batowice czy Grębałów. Moje obie babcie pochodziły ze Lwowa i siłą rzeczy groby swoich bliskich zostawiły na wschodzie. Początkowo – po przyjeździe ze Lwowa

– moja babcia nie miała tu żadnego „swojego” grobu, ale chodziła na Cmentarz Podgórski zapalić pod krzyżem lampkę dla swojej mamy i siostry, których grób został na Łyczakowie. Potem chodziła na groby rodziny męża (krakowianina), pojawiły się groby znajomych, teściów, później zmarł dziadek, kolejni znajomi i krewni. Tak więc, najpierw było to chodzenie pod krzyż na Podgórze i palenie symbolicznej lampki za tych, którym rzeczywistej zapalić nie mogła, potem już na groby rzeczywiste, których przybywało wraz z mijającymi latami. Potem zmarła babcia, kolejni członkowie bliższej i dalszej rodziny, i w efekcie końcowym wygląda to tak, że mamy bliskich pochowanych na siedmiu krakowskich cmentarzach. Oczywiście znacznie od siebie oddalonych. Jak wobec tego wygląda nasz dzień w czasie tego święta? Najpierw jedziemy do Borku Fałęckiego do pradziadków i babci męża, stamtąd na Wolę Duchacką do mojej mamy i dziadków, potem na Podgórze – tam mamy najwięcej naszych bliskich; pradziadkowie, chrzestna matka mojej mamy, ojciec i brat wuja, harcerze z 3 Podgórskiej Drużyny Harcerzy – mojej macierzystej – polegli w czasie II wojny światowej, grób cioci Stasi. Ukochanej cioci nas wszystkich. Na ogół przy jej grobie spotykamy moją siostrę, która zawsze wyjmuje wtedy murzynka zapakowanego w papier śniadaniowy i zajadamy. Wiem, że to barbarzyński obyczaj. Wiem. Na początku nieco mnie raził – tak samo, jak raziło mnie to, że mama i wuj palili papierosy przy grobie babci. Ale... to rodzinna tradycja. Moja mama nigdy nie paliła papierosów na polu. Po prostu kiedy babcia umierała, mama obiecała jej, że będzie do niej przychodzić „na fajeczkę”. I przychodziła. Do momentu, w którym dołączyła do swoich rodziców. Z kolei ciasto na grobie cioci Stasi wzięło się z tego, że jak jeszcze ciocia żyła, to najczęściej spotykaliśmy ją we Wszystkich Świętych właśnie w tamtym miejscu i ciocia zawsze wtedy miała galaretki w czekoladzie i wafelki dla dzieci. Oczywiście dorośli załapywali się również (kto nie lubi galaretek?), i tak już zostało. Kiedy zabrakło cioci, moja siostra przejęła tradycję i nieco ją zmodyfikowała, zamieniając galaretki i wafelki na murzynka. W sumie nie jest to takie głupie, bo zważając na porę roku i towarzyszącą jej aurę, wtedy jest się już po prostu zmarzniętym i głodnym. Po wyjściu z cmentarza mój mąż kupuje takie ohydne misie z wafla z nadzieniem z ohydnej słodkiej pianki. Uwierzcie, że to rzadkie świństwo, i uwierzcie, że się tym zażeramy - w ten jeden jedyny dzień w roku. I mamy kolejną rodzinną tradycję. Z Podgórza jedziemy do mojego ojca na obiad, wypijamy szybką kawkę, a wieczorem jedziemy na Cmentarz Rakowicki – do moich pradziadków i dziadka męża. Ale to już zupełnie inna wyprawa. Na Rakowicach lądujemy z naszym przyjacielem księdzem na ogół około 22-giej, wtedy, kiedy jest tam już spokój, i nie czuć tego straszliwego pośpiechu tak wyczuwalnego w dzień. W nocy na Rakowicach jest … pięknie. Ludzie spokojnie przechadzają się po alejkach cmentarnych, cały cmentarz aż jarzy się od licznych płomyczków zniczy, już nie ma nabożeństw, już nie ma zbierania na wypominki, nie ma kwestujących na odbudowę zabytkowych nagrobków. Za to jest mnóstwo takich jak my – którzy przyjechali na swego rodzaju spacer, którzy przechadzają się między grobami ze statywami i aparatami fotograficznymi, jest mnóstwo grup modlitewnych, które modlą się za dusze czyśćcowe. U Skrzyneckiego, Grechuty i Bińczyckiego zawsze jest tłum i morze zniczy – tam w ogóle nie da się podejść do grobów – ale to też ma swój klimat.

U samego wejścia na cmentarz mąż kupuje nam miodek turecki – dosyć ohydną funeralną słodycz, która w tej jeden dzień w roku smakuje jak nektar i ambrozja razem wzięte. Oczywiście idziemy do pradziadków i dziadka męża, do powstańców, legionistów, aktorów. Potem spokojnie i bez pośpiechu wracamy do domu. Tak około pierwszej w nocy. Niech nikogo nie zwiedzie opis kolejnych „popasów cmentarnych”. W tym – wbrew pozorom – jest bardzo dużo duchowości. A na pewno chęci bycia choć przez chwilę w spokoju i bez pośpiechu z tymi, których już nie ma. I jakaś chęć zaklęcia rzeczywistości i zaindukowania siebie i dzieci tym, że i do nas będą przychodzić po to, by postać nad naszymi grobami. Nawet jeżeli przy okazji będą nam kruszyć na płytę nagrobną murzynkiem czy szarlotką...

Gabriela Kucharska

stacja.jpg