• alles.jpg
  • auto kochanow.jpg
  • drbike.jpg
  • familia.jpg
  • geodezja.jpg
  • gs.jpg
  • juszczak.jpg
  • kozbial.jpg
  • kubaty.jpg
  • lisak.jpg
  • lyko.jpg
  • marcisz.jpg
  • praca.jpg
  • rasterek.jpg
  • rowery.jpg
  • salazabaw.jpg
  • serczyk.jpg
  • skot.jpg
  • swiba.jpg
  • timefor.jpg
  • wwm.jpg
  • zamkowa.jpg
  • zielinski.jpg
  • zulla.jpg

Reklama

  • bistro.jpg
  • edukator.jpg
  • gawin.jpg
  • geo.jpg
  • grafixdruk.jpg
  • kaes.jpg
  • kruk.jpg
  • melba.jpg
  • mirex.jpg
  • nettrading.jpg
  • rrreklama.jpg
  • weterynarz.jpg
  • work.jpg

W niedzielę miała miejsce dziesiąta już edycja Biegu po Dolinie Będkowskiej. Biegu, dodam, dla mnie szczególnego. Mogę chyba powiedzieć, że moje bieganie w zawodach liczy sobie dokładnie tyle samo, co ten kultowy wśród mieszkańców okolicznych gmin (ale i Krakowa, i nie tylko) zawodników.

Zacznę wspominkowo i sentymentalnie. Dawno, dawno temu w Rudawie biegałam ja i jeszcze jeden mężczyzna, starszy już człowiek (zresztą o tym, że biega ktoś oprócz mnie nie wiedziałam, bo ja biegałam albo o świtaniu, albo ciemną nocką). Kiedyś wracając ze sklepu na wiejskiej tablicy ogłoszeniowej zobaczyłam plakat reklamujący mający się odbyć tydzień później Bieg po Dolinie Będkowskiej. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że istnieje coś takiego, jak otwarte zawody biegowe; nie wiedziałam, że istnieje prężna społeczność biegaczy, że dla wielu osób jest to sposób na życie i zachowanie zdrowia. Udałam się do siedziby Jura Moto Sport, organizatora biegu, uiściłam opłatę startową, a na ścianie zobaczyłam certyfikat „Złoty Bieg” przyznany Półmaratonowi Jurajskiemu przez portal MaratonyPolskie.pl. Postanowiłam sprawdzić w domu, co to takiego te Maratony Polskie, a póki co z niecierpliwością ale i niepewnością czekałam dnia Biegu po Dolinie. Wystartowałam, ukończyłam i, jak się nietrudno domyślić, złapałam klimat. Wiedziałam, że chcę w takich imprezach uczestniczyć, bo to jest zupełnie inny rodzaj biegania i przyjemności z biegu niż samotne bieganie o świcie i po zmierzchu.

Od tego czasu ukończyłam sporo ponad sto biegów na różnych dystansach i w różnych miejscach, zaś Bieg po Dolinie dorósł, okrzepł i wciąż trwa. Nie napiszę, że niezmiennie, bo to nie byłaby prawda. Trasa tego biegu zmienia się co jakiś czas; raz jest krótsza (4,6 km), raz dłuższa (nawet 10 km), generalnie oscyluje wokół 6 km. Nie ma atestu, jest trudna ale i szalenie urokliwa. No cóż, bieganie po wczesnojesiennym lesie po prostu ma swój niepowtarzalny urok. Poza wszystkim innym, Bieg po Dolinie nigdy nie przestał być po prostu niewielkim, kameralnym biegiem bez zadęcia wielkich, doskonale przygotowanych imprez. Kolokwialnie rzecz ujmując, tu biegają autochtoni. Tu dostarcza obłędnie smaczne pischingery lokalny producent, tu panie z Koła Gospodyń Wiejskich z Łazów, przez które przebiega trasa, raczą nas swoimi wypiekami, tu w końcu wszyscy się znamy; nawet jeżeli nie osobiście, to z widzenia już tak.

I jeszcze jedno, o czym nie chciałabym zapomnieć. Od samego początku Bieg po Dolinie skierowany był tak do biegaczy dorosłych, jak i do dzieci od przedszkola do końca gimnazjum i zawsze cieszył się dużym zainteresowaniem młodocianych zawodników.

Czy Bieg po Dolinie Będkowskiej ma coś, czego nie mają inne biegi? Chyba nie. Oczywiście oprócz pełnej magii Doliny Będkowskiej wczesną jesienią. Oprócz swojskości, która wszakże jest pojęciem względnym i która występuje na biegach lokalnych jak Polska długa i szeroka. I jest jeszcze jedno, moim zdaniem warte wzmianki. Każdy organizator, który podjął się trudu organizacji biegów dla dzieci, wie, co jest największą zmorą tychże biegów. Ameryki nie odkryję, gdy powiem, że rodzice. Bardzo częsty, a jednocześnie przykry jest widok nadambitnego rodzica, który wlecze za rękę dziecko do mety. Dziecko, które samo przybiegłoby bez problemu i z przyjemnością, ale zapewne nie byłoby pierwsze. Za sprawą nadambitnej mamusi czy tatusia jest zwycięzcą biegu (czy uczciwie, skoro to rodzic je wlókł?), ale przyjemności z tego nie ma. Organizatorzy walczą z rodzicami na trasie biegu i na ogół nie mają w tym względzie zbyt dużych sukcesów. Nie wiem, jak osiągnęli to organizatorzy Biegu po Dolinie, ale tam rodziców na trasie biegów dla dzieci nie ma. Tak po prostu. Owszem, zdarzają się w przypadku naprawdę bardzo malutkich przedszkolaków, ale oni nie ciągną do wygranej, tylko towarzyszą dziecku w jego tempie, gdzieś tam na końcu, a dzieciaki przybiegają szczęśliwe i dumnie wyciągają małe szyjki po prawdziwe bite medale. Niewiarygodne, ale prawdziwe.

Jak mi się biegło w tym rocznicowym dziesiątym Biegu po Dolinie? Źle. Postanowiliśmy biegnąć razem z moim najmłodszym synem, który gdy zaczynałam swoją przygodę z bieganiem miał niecałe 1,5 roku, a teraz po prostu przetruchtał ze mną te 6 kilometrów. Niestety biegłam tempem młodego, nie swoim, a w dodatku było to tempo mocno szarpane. W dodatku jakieś trzydzieści metrów przed metą dość paskudnie się potknęłam, przez następne dziesięć metrów spektakularnie i widowiskowo próbowałam złapać równowagę, po czym malowniczo gruchnęłam na asfalt i dostałam ataku głupawki. Chciałam już tylko leżeć i się śmiać, bo to po prostu było bardzo śmieszne. Wtedy podeszła do mnie Agnieszka Cader, zwyciężczyni biegu, powiedziała „Gaba, wstawaj. Jeszcze musisz dobiegnąć do mety” i pomogła mi wstać. Wstałam, dobiegłam. Czy wspominałam już, że w Biegu po Dolinie wszyscy się znają? Naprawdę w sytuacji gdy zwyciężczyni pomaga wstać łamadze z ostatniego miejsca nie ma nic niezwykłego.

Zabierzów Biega.

Gabrysia Kucharska

smog.jpg