• alles.jpg
  • bhp oskar.jpg
  • elektrosystem.jpg
  • enmax.jpg
  • euroreklama.jpg
  • familia.jpg
  • goodcar.jpg
  • gs.jpg
  • kozbial.jpg
  • kubaty.jpg
  • lyko.jpg
  • rasterek.jpg
  • rserwis.jpg
  • salazabaw.jpg
  • serczyk.jpg
  • wwm.jpg
  • zulla.jpg

Reklama

  • bistro.jpg
  • dogoterapia.jpg
  • geo.jpg
  • grafixdruk.jpg
  • kruk.jpg
  • mirex.jpg
  • nettrading.jpg
  • prestige.jpg
  • rrreklama.jpg
  • srebrne.jpg
  • wegiel.jpg
  • weterynarz.jpg

„Oto widzisz, znowu idzie jesień” – jak napisał Mistrz Konstanty. A wraz z jesienią nowy rok szkolny i wszystko to, co ze sobą niesie. Pomijam aspekt finansowy tego wydarzenia (niebagatelny, oj, niebagatelny!), ale początek kolejnego roku zmagania się naszych pociech zarówno z samą nauką, jak i z ludźmi otaczającymi naukę, jest / bywa przeżyciem traumatycznym. Dla dzieci, ale i dla rodziców. Jeżeli z jednej strony mamy dziecko, które niekoniecznie chce spędzać gros czasu nad książkami i zeszytami, zaś z drugiej nauczycieli, którzy wymagają na przykład tego, by odrabiać zadania i przygotowywać się na sprawdziany, to już konflikt gotowy. Bo nastolatek rzadko uczy się dla siebie. On jeszcze nie wie, że czas, który przeżywa jest najpiękniejszym, choć wcale nie najłatwiejszym, w jego życiu. On jeszcze nie wie, że tego, czego nie zrobi teraz, już nigdy nie nadrobi i że będzie tego żałował. Uczy się – albo i nie – dlatego, że tego wymagają od niego inni: nauczyciele, rodzice. My, rodzice, z własnego doświadczenia już wiemy po co to wszystko, ale przekonanie najukochańszych istot na świecie, czyli własnych dzieci, jest zajęciem tyleż karkołomnym, co w zasadzie z góry skazanym na niepowodzenie. Nasze dzieci bądź zaczynają dojrzewać, bądź dojrzewają pełną gębą i w związku z tym mocno się buntują; przeciwko szkole, przeciwko nam, przeciwko normom, nauczycielom... My ich kochamy, więc jesteśmy w stanie wybaczyć i zrozumieć wiele, ale nauczyciele? Oni też są ludźmi – mają lepsze i gorsze dni; są mądrzy lub mniej mądrzy, mają niespożyte pokłady cierpliwości, bądź mają jej bardzo niewiele; my mamy jedno/dwoje/troje dzieci, oni mają kilkanaście osób w klasie, z czego niech „tylko” jedna trzecia będzie zbuntowana – wrogowi bym nie życzyła. Jak sobie z tym poradzić? Rozmawiać! Z dzieckiem – to oczywiste (choć nie dla wszystkich), ale i z nauczycielami. Nie traktujmy ich jako wrogów swoich i swoich dzieci, bo nimi nie są. W znakomitej większości przypadków oni naprawdę przejmują się naszymi pociechami (bądź utrapieniami) i kiedy tylko widzą rzeczywistą wolę współpracy ze strony domu – współpracują. Naprawdę. Jestem matką trzech młodziutkich facetów o bujnych osobowościach. Naprawdę potrafią „błysnąć”, aż w pięty idzie. Czasami mam serdecznie dość ich pomysłów, a przede wszystkim ich głupiego uporu. I co? I nic. Jestem ich matką, więc z nimi gadam. Czasem do obrzydzenia... Czasem mamy dość – i ja, i oni. Ale rozmawiamy. A czasem – kiedy widzę, że wyczerpałam wszelkie możliwości perswazji – idę do wychowawcy i proszę o pomoc. Ustalamy wspólny plan postępowania i tego się trzymamy. I co się wtedy dzieje? I pomaga! Warto pamiętać o jednym: DZIECKO POTRZEBUJE WYRAŹNIE OKREŚLONYCH GRANIC, BY MÓC SIĘ NORMALNIE ROZWIJAĆ. Naszym obowiązkiem jest te granice mądrze wyznaczyć i ich pilnować. I rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać... I nie zrażać się tym, że czasem to jak walenie grochem o ścianę. Pamiętajmy – DZIECKO TO PRZEDE WSZYSTKIM CZŁOWIEK.

Gabriela Kucharska

airclinic.jpg