• alles.jpg
  • artgo.jpg
  • bhp.jpg
  • energoterm.jpg
  • enmax.jpg
  • familia.jpg
  • gs.jpg
  • juszczak.jpg
  • juszczyk.jpg
  • kozbial.jpg
  • kubaty.jpg
  • lisak.jpg
  • lyko.jpg
  • marcisz.jpg
  • ok.jpg
  • opał.jpg
  • romantica.jpg
  • rserwis.jpg
  • salazabaw.jpg
  • serczyk.jpg
  • sklad_blc.jpg
  • supra.jpg
  • szumiec.jpg
  • szumiec2.jpg
  • trulka.jpg
  • wwm.jpg
  • zamkowa.jpg
  • zlom.jpg

Reklama

  • baranex.jpg
  • bioterapia.jpg
  • bistro.jpg
  • colorex.jpg
  • geo.jpg
  • grafixdruk.jpg
  • hydrex.jpg
  • kruk.jpg
  • mirex.jpg
  • nettrading.jpg
  • toka.jpg
  • weterynarz.jpg

Numer 11/2013

Zgodnie z zapowiedzią, w tym numerze kontynuujemy opis pierwszej polskiej terenówki. Równie dobrze mógłbym napisać że jedynej, ale brzmiałoby to zbyt pesymistycznie, co w czasach wszechobecnej drożyzny, bezrobocia, Katarzyny W., brzozy i oddalających się emerytur, byłoby co najmniej nie na miejscu i mogłoby wprowadzić czytelnika w stan przygnębienia. Chcąc tego uniknąć, dodam że terenówka ta produkowana jest do dnia dzisiejszego, a wykorzystują ją w szczególności służby mundurowe, zwłaszcza wojsko. I fakt, że armia zamawia rodzime wozy wspierając w ten sposób polską gospodarkę również może napawać optymizmem. Co innego słynny zakup rumuńskiego Aro, no ale to już inna bajka i inne służby.

Wracając do tematu, chodzi oczywiście o Tarpana Honkera, którego losy są równie zawiłe co próby wytłumaczenia genezy nazwy Honker. Był to chyba w szczególności ukłon w stronę głównego nabywcy, lub próba pozyskania klientów wśród angielskich ornitologów, ponieważ pod tym terminem, oprócz tego że kryje się kryptonim polskiego ataku na Monte Cassino, to jest to także onomatopeja w języku angielskim, oznaczająca krzyk dzikich gęsi powracających do gniazd - i tak właśnie nazwa ta była przedstawiana podczas prezentacji Tarpana Honkera w 1988 roku. Wówczas był on wytwarzany przez Fabrykę Samochodów Rolniczych w Poznaniu, produkcję poprzedziły dwa prototypy PW-1 i PW-2 (Pojazd Wielozadaniowy), występował w wersji hardtop oraz brygadowej. Trzydrzwiowe nadwozie oparto na ramie i sztywnych mostach, a pod maskę zawędrował znany z Poloneza, benzynowy silnik 1,5 dm3. W niedługim czasie zaczęto stosować silniki diesla Iveco, powstał także prototyp krótkiej wersji „4032” o roboczej nazwie „Zwiad”.

W roku 1997 licencję na Honkera wykupiło Daewoo Motor Polska, a produkcję przeniesiono do Lublina. Początkowe, górnolotne plany całkowitej modernizacji polskiej terenówki zakończyły się jedynie wprowadzeniem kosmetycznych zamian w nadwoziu – powstał Honker 2000, a do napędu mógł być wykorzystywany turbodoładowany silnik wysokoprężny Andoria 4CT90.

Upadek DMP przyniósł kolejną zmianę właściciela. W 2002 roku prawa do produkcji nabyła Andoria-Mot, aby w rok później przekazać je firmie Intrall Polska, która zmieniła markę na Intrall Honker. Podobnie jak w przypadku Daewoo, modernizacja skończyła się jedynie na prezentacji unowocześnionej wersji, z niezależnym przednim zawieszeniem, która nigdy nie trafiła do produkcji.

W 2009 roku po dwuletniej absencji Honkera na rynku wznowiono jego wytwarzanie w Fabryce Samochodów Honker należącej do przedsiębiorstwa DZT Tymińscy. Produkcja TRWA.

W życiorysie Honkera występuje kilka ciekawych wersji specjalnych, jak na przykład produkowane na zlecenie KGHM Polska Miedź obniżone egzemplarze, wożące pracujących pod ziemią górników, lub też wersje ambulans i Skorpion dzielnie służące naszym żołnierzom w Iraku.

Łukasz Zadęcki

Koło Gospodyń Wiejskich w Kobylanach jest jednym z najstarszych, nieprzerwanie działających kół w Gminie Zabierzów. Działa już prawie 50 lat.

Pamiętacie, kiedy byliście małymi dziećmi i marzyliście o tym jakie będzie Wasze życie ? Być może były wróżki, książę z bajki, siedzieliście za kołem formuły 1, albo byliście pilotem samolotu. Babuszka zamyka oczy, siwe skronie małej psiny na chwilę przestają się marszczyć. Ciężko wzdycha, mokrym noskiem trąca nas po ręce prosząc o choćby ochłap ciepłego dotyku. Babuszka też kiedyś była małym szczeniakiem, też miała marzenia. Niewiemy skąd pochodzi i jakie było życie, które ją przywiodło pod naszą zardzewiałą bramę pewnego wieczora, ale patrząc w jej smutne oczy wiemy, że wróżek w nim nie było. Mijały dni, miesiące, lata. Dziś Babuszka kurczowo trzyma się życia, które próbuje się jej wymknąć. Starość rzadko bywa piękna. Zazwyczaj jest niedołężna, pełna cierpień i zderza się z obojętnością świata. A jeśli nie ma się nikogo bliskiego, na kim można położyć zmęczoną łapę– bywa okrutna i gasi ostatnie iskierki życia.

Na mecie swojej wędrówki Babuszka stoi sama. Nie ogląda się za siebie. Patrzy błagalnie w obiektyw, aby choć raz w życiu poczuć, że jest komuś potrzebna, że komuś zależy, że ktoś będzie tęsknił i choć chwilę zapłacze, kiedy ona, stara kundelka, po raz ostatni zamknie oczy. I na ostatnim odcinku swej drogi stara psinka jest w pełni od nas zależna. Bo starym kundelkom nikt nie opłaca chorobowego, trzeci filar też nie dla nich. Dostają tyle, co z łaski. Zazwyczaj nic. Umierają na ulicach, po komórkach, w ogrodach schowane za drzewami, albo w schroniskach, obce, niechciane, zapomniane. Babuszka jest zwykłym kundelkiem, psem ulicy. Już dawno przestała marzyć. Dziś chce niewiele. Skrawek własnego koca, miska z czymkolwiek, co się połknie, żeby mały brzuszek nie był pusty, i człowiek, który czasem pogłaszcze. Będzie łatwiej odchodzić…

Stara Babuszka nie ma na tym świecie nikogo, poza nami. Potrzebne są fundusze na weterynarza, szczepienia i odrobaczenie suni oraz sterylizację. Potrzebna jest diagnostyka, bo Babuszka nie przy- swaja pokarmu, trzeba usunąć kamień nazębny i kilka zębów. Potrzebne są fundusze na suplementy i leki przeciwbólowe na stawy. Nie zostawiajmy Babuszki samej tuż przed jej metą życia. Możemy sprawić, by jesień życia nie wydawała jej się udręką, a śmierć wybawieniem. Zapalmy w niej po raz ostatni iskierkę nadziei, choćby miała płonąć tylko parę miesięcy…Bez nas Babuszka nie ma szans.

Jeśli chcesz pomóc nam sfinansować leczenie psa, możesz dokonać wpłaty z tytułem „Babuszka” na konto PKO BP 15 1020 5226 0000 6002 0220 0350 w ramach Kampanii „Kochaj Mądrze”.

Fundacja Centaurus, ul. Borelowskiego 53/2,51-678 Wrocław www.psy.centaurus.org.pl
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Z udziałem naszej zawodniczki - Kariny Lipiarskiej- zakończyły się zmagania najlepszych łuczników Mistrzostwa Świata. Trudne warunki atmosferyczne - bardzo silny wiatr – miały wpływ na ostateczne rozstrzygnięcia. Reprezentantki Polski z udziałem Kariny zajęły ostatecznie 7-me miejsce przegrywając nieznacznie z reprezentantkami Korei 189:193.

W rywalizacji drużyn niespodzianką był srebrny medal Białorusinek, zwy- ciężyły reprezentantki Korei. Bez medalu pozostał zespół męski Korei, a zwyciężyli reprezentanci USA. Indywidualnie najlepszą okazała się reprezentantka Danii – Maja Jager. Dopiero brązowy medal dla Koreanki –YUN Ok. Wśród mężczyzn na czele dwaj reprezentanci Korei – LEE Seungyun i OH Jin.

Karina po bardzo dobrym starcie na długich dystansach kiedy była na 16-tej pozycji, po krótkich dystansach spadła na 33 miejsce. Niestety w rozgrywkach pucharowych po bardzo wyrównanej walce przegrała 2:6 z reprezentantką Kazachstanu.

11 listopada w Białym Kościele, po strzale z pistoletu startowego wójta gminy Wielka Wieś Tadeusza Wójtowicza, ponad siedmiuset biegaczy, po odśpiewaniu Roty, wystartowało na trasie drugiego Biegu Niepodległościowego - Niepodległościowej Jedenastki.

Ludzie od zawsze bali się śmierci, często (najczęściej) bali się zmarłych, rzeczy ostatecznych - tego, czego nie znamy, nie rozumiemy, tego, z czym za życia czasem się spotykamy i zawsze są to spotkania bolesne a z czym kiedyś każdy z nas zetknie się osobiście - można powiedzieć dogłębnie.

I tak, jak staramy się oswoić sobie małe straszki czy fobie, po to, żeby stały się mniej straszne czy przerażające, tak samo od zawsze postępowano ze śmiercią. Starano się ją oswoić.

Ale że śmierci oswoić się nie da, bo ona jest na oswajanie totalnie niepodatna, bo jest zbyt tajemnicza a nasz strach zbyt wielki, więc i zawsze odbywało się to na zasadzie wisielczego (najczęściej) humoru.

Stąd odzywki typu: „Doktor Glinka wszystko wyleczy”; stąd zapowiedzi wyprawy do „Parku Sztywnych”; stąd totalnie makabryczne (a zarazem dobijająco prawdziwe) „Dzisiaj żyjesz, jutro gnijesz”.

To ostatnie traci jakby na trafności, gdy wkroczyliśmy w erę spopielania zwłok i pochówków w urnach. O żadnym gniciu nie może być w tym wypadku mowy.

Ja staram się nie unikać śmierci, ale też za nią nie gonię i nie wyszukuję w okolicy bądź w rodzinie.

Dzieciom też nie mówię, że wujek jest chory, ale na pewno wyzdrowieje, kiedy wiem, że ten wujek umiera.

Mówię, że umiera, towarzyszę dziecku w płaczu a potem rozmawiamy i tłumaczę mu, że choroby, cierpienie, śmierć w końcu są elementami życia i że tak się po prostu dzieje; że każdy z nas umrze, że całe nasze życie jest drogą ku śmierci, ale że nie jest to powód, żeby tym się zadręczać, tylko do tego całym swoim życiem przygotować.

Wiem już troszkę jak to jest żyć, jak bardzo życie może boleć, jak czasem nie ma się już do tego życia sił.

Wiem, jak to jest chorować, jak to jest cierpieć.

Wiem z obserwacji, jak ciężka może być starość - schorowana, samotna.

Ale z drugiej strony jak może być piękna - wśród bliskich, zanurzona w miłości i szacunku.


Chciałabym mieć właśnie taką starość - pełną miłości, szacunku, pogodzenia z losem, ludźmi i Bogiem. Z drugiej zaś strony boję się, że raczej taka nie będzie - zbyt dużo we mnie egoizmu, niecierpliwości, złości, nerwów... Boję się, że całego życia nie starczy na to, by urnę z garstką prochu, która ze mnie zostanie, chowana w ziemi z przekonaniem, że żegna się osobę prawą, dobrą, kochaną i po prostu fajną.

Pół życia (pewnie większa jego część nawet) już za mną i boję się, że reszta tego życia to za mało, by wypracować w sobie postawę, która wyklucza pierwotny lęk przed śmiercią.

Kilka razy (bezpośrednio czy pośrednio) spotkałam się ze śmiercią i nie mam złudzeń, wiem, że przejście na drugą stronę to jest straszliwy wysiłek i nie mniejszy ból. I tego nie uniknę, bo to jest częścią życia, klamrą to życie spinającą.

Chciałabym bardzo swoim życiem zasłużyć na to, by ktoś chciał mi do grobu wrzucić kwiatek.

Czy mi się uda? Nie wiem.

Gabriela Kucharska

Redakcja: Panie sołtysie, od czego zaczniemy naszą rozmowę?

Edward Rogóż: Może od historii. Nasza wieś była miejscowością położoną na południowym stoku, do której w ramach wypoczynku przyjeżdżali w niedzielę mieszkańcy Krakowa. Jeździły wówczas autobusy podmiejskie „L” i przywoziły mieszkańców z Krakowa pod Skałę Kmity, gdzie odbywały się zabawy. Podkreślam, że Szczyglice były, ładną miejscowością, z uwagi na to, że przez wieś przeprowadzono obwodnicę Krakowa przecinając ją niejako na pół. Wpłynęło to na cały dalszy rozwój tej miejscowości.

Red.: Od jak dawna mieszka Pan w Szczyglicach?

E.R.: W Szczyglicach mieszkam 48 lat. Na moich oczach przeprowadzano gazyfikację, doprowadzano wodę, kanalizację i telefonizowano naszą wieś. Uruchomiona została przepompownia ścieków, a to wiązało się z budową nowego transformatora. Działo się więc wiele na przestrzeni tych lat.

Red.: A co dzieje się teraz?

E.R.: Został wybudowany ORLIK, z którego korzystają dzieci i młodzież nie tylko z naszej miejscowości, ale z całej gminy. Bywa tak, że ojcowie grają na nim, a mamy z małymi dziećmi spędzają czas na placu zabaw. Plac mamy bardzo skromny i mały. Nie można pomieścić maluchów, dlatego budujemy nowy. Myślę, że w 2014 r. będzie oddany do użytku.

Działa Klub Sportowy „DRAGON”. Dzieci i młodzież uczęszczają na treningi piłki nożnej prowadzone przez wynajętego trenera. Razem ćwiczą dzieci z Rząski, Balic i Szczyglic. Mieszkańcy i młodzież gra też w tenisa. Jest pro- wadzona świetlica środowiskowa z dziećmi w Domu Ludowym. Panie dwa razy w tygodniu spotykają się tam na zajęciach gimnastycznych. Założyłem Klub Seniora, który bardzo prężnie działa. Zostało zawiązane Stowarzyszenie Rozwoju Szczyglic „INTEGRACJA”. Urządzamy zabawy dla dzieci i „mikołajki”. Co roku jest organizowany opłatek dla mieszkańców Szczyglic. Uczestniczymy w dożynkach parafialnych, a co trzeci rok organizujemy u nas dożynki.

Red.: Jak się Panu sołtysuje w Szczyglicach?

E.R.: Sołtysem jestem pierwszą kadencję. Miałem i mam wsparcie Rady Sołeckiej, Stowarzyszenia, radnego, niektórych mieszkańców, za które im bardzo dziękuję. Budujemy chodniki, robione są również nakładki bitumiczne na drogach. W tym roku zrobiono część chodnika między ul. Długą w Szczygli- cach i Akacjową w Balicach (przejście przez drogę wojewódzką). Zrobiono nowe przystanki i zatoczki dla autobusów podmiejskich. Wykonano kawałek chodnika na ul. Długiej w najbardziej niebezpiecznym miejscu Szczyglic, między ulicami Sportową i Kasztanową, a także wejście do Domu Ludowego. Zaczęliśmy nowy plac zabaw dla dzieci. Czy to można zrobić w pojedynkę?

Red.: Co jest szczególnie ważne dla mieszkańców Szczyglic?

E.R.: Bardzo pilne jest zbudowanie ekranów, które powinny być wybudowane koło obwodnicy Krakowa między Balicami i dochodzić do samej Rząski. Następną sprawą jest pojawiająca się wiadomość o budowie nowego pasa startowego na lotnisku w Balicach. Mieszkańcy nie wyobrażają sobie, że ten pomysł może być zrealizowany.

Red.: A jakie macie plany na przyszłość?

E.R.: Chcielibyśmy wybudować park, w którym mieszkańcy Szczyglic, gminy Zabierzów oraz przyjezdni mogliby mile spędzić czas na łonie natury. Bardzo ważnym elementem byłyby ścieżki rowerowe poprowadzone na wałach Rudawy, które mogą stać się ważną częścią całej sieci ścieżek rowerowych umożliwiających dojazd do pracy lub szkoły. Plan parku można w Szczyglicach obejrzeć w świetlicy. Przez Szczyglice przebiega „Jurajski Szlak Rowerowy ORLICH GNIAZD”. Umożliwia on zwiedzanie pięknego krajobrazu wsi. Niewątpliwie atrakcją jest również znajdująca się pomiędzy Szczyglicami, a Zabierzowem stroma „Skała Kmity”.

Red.: Jakie są marzenia sołtysa Szczyglic na przyszłość?

E.R.: Moim marzeniem jest, aby mieszkańcy sołectwa Szczyglice byli bardziej zaangażowani w pracę na rzecz swojej miejscowości. Chciałbym, żeby wały Rudawy były koszone dwa razy do roku. Na koniec sobie i mieszkańcom życzę, żeby te wszystkie plany jakie mamy do zrealizowania były wykonane. Wszystkim dużo, dużo zdrowia.

Chciałem podziękować też tym naszym przyjaciołom, którzy się przyczynili do wszystkich prac wykonanych w Szczyglicach. Myślę, że Pani Wójt Elżbieta Burtan jako dobra gospodyni, dobrze wie i rozumie potrzeby nasze oraz mieszkańców całej gminy. Rozumiem, że wszystkiego na raz nie da się zrobić. Trzeba środki umiejętnie i rozumnie rozdzielać. Jest to sprawa bardzo trudna, a po drugie o te środki finansowe trzeba mocno zabiegać.

Red.: Dziękujemy za rozmowę i życzymy realizacji wszystkich planów.


SZCZYGLICE

Pierwsza wzmianka o wsi pochodzi z 1374r. W 1382 r. właścicielem wsi była kapituła krakowska. W 1872 r. właścicielem posiadłości dworskiej w Szczyglicach był Stanisław Homolacs, uczestnik powstania styczniowego. W latach okupacji niemieckiej w Szczyglicach działała drużyna Związku Walki Zbrojnej Armii Krajowej należąca do obwodu Krzeszowice. Ludność Szczyglic podczas wojny wykorzystywana była przy pracach ziemnych w pobliżu lotniska w Balicach. W 1959 r. utworzono rezerwat krajobrazowy Skała Kmity o powierzchni 19,36 ha, miejsce to od XIX wieku było celem wycieczek pieszych z Krakowa. W XX w. przeprowadzono na terenie wsi poważne inwestycje drogowe. Wybudowano na drogi: Zabierzów - Balice - Kryspinów oraz autostradę Kraków – Katowice. Aktualnie Szczyglice zamieszkuje 642 mieszkańców.

Tekst i foto: Archiwum UG Zabierzów

ludzik.jpg